Zapach żurawinowych konfitur, Zorro i Rycerz Jedi
Zapach żurawinowych konfitur. Żurawinowy kolor – różowoczerwony, ślicznie błyszczący na tle masła rozsmarowanego na kromce białego chleba. Miód pachnący latem i bezpieczeństwem dzieciństwa. Mleko w dużym kubku. Kolacja.

Słońce zachodzi i łagodnie oświetla jezioro, las i łąki. Nawet brunatno-zielona woda lśni ładnie. Stanę na tym wielkim pniu. Zobaczę czy już płyną w naszą stronę. Słyszę warkot rosyjskiego silnika. Wychylę się troszkę i... co za dziwne uczucie nieporównywalnej z niczym miękkości. Nie mogę wstać. Nagle ktoś łapie mnie za sweter i ciągnie w górę.

- Przecież mogłaś się utopić!- słyszę pełen wyrzutu głos mamy mojej koleżanki. Ociekam wodą i kombinuję jak by tu ukryć fakt mojej bezmyślności przed rodzicami. Jest już za późno na zastanawianie – właśnie wysiadają na brzeg.

Mama była przerażona własną, mentalną projekcją na temat „co by było gdyby”, a tata pokręcił głową, westchnął ciężko i powiedział tylko: „Dobrze, że nic ci się nie stało”.
- Panie Tadziu, ile kosztują te żonkile? Mam tylko tyle – otwieram dłoń pełną drobniaków.
- To dla Taty? Chcesz mu je dać na powitanie? A jak on się czuje?
- Podobno jest słaby i ma pękniętą czaszkę – odpowiadam cicho.
- Weź wszystkie z tego wiadra. Pozdrów go ode mnie i powiedz, że do niego zadzwonię. 

Tata wrócił bardzo słaby. Nie był połamany, ale wypadek na Elmocie był jedynym, w którym doznał obrażeń. Na szczęście szybko doszedł do siebie, nie tracąc przy tym optymizmu. Od tamtego czasu coś się we mnie zmieniło. Uświadomiłam sobie, że mojemu tacie też może zdarzyć się coś złego, że nie jest nietykalny. Jednak w głębi duszy cały czas wierzyłam, że więcej nic podobnego nie będzie miało już miejsca. Wierzyłam w to jeszcze wiele lat od tego zdarzenia aż przyszedł dzień kiedy zwątpiłam... a chyba nie wolno mi było...

Moje dzieciństwo było niczym pasjonujący film z tatą w roli głównej. Ciekawe, że moja pamięć „wyświetla mi” na niezapowiedzianych seansach pozbawione chronologii epizody, zaskakujące absurdalnym wprost uszczegółowieniem drugiego planu, scenografii, rekwizytów, a nawet wyrazu twarzy aktorów.

Jest piękny ranek. Słońce nieśmiało i leniwie przeciąga się po niebie. Znów jedziemy do Warszawy załatwić trzykrotnie więcej spraw niż jesteśmy w stanie zmieścić w naszym i tak już napiętym grafiku. 
- Tatusiu, dlaczego tak wolno jedziesz?
- Nie muszę się spieszyć, mamy jeszcze czas do pierwszego spotkania. Wzięłaś coś do czytania?
- Tak - mówię i wyciągam z plecaka książkę.
- Ojej! – tata śmieje się ze zdziwienia – tak długo to chyba nam nie zajmie. Zresztą na niektóre spotkania pójdziemy razem. Cieszysz się?
- Pewnie! – zakrzykuję ochoczo.

Pasjami uwielbiałam „załatwiać” z tatą sprawy. Tym bardziej, że zawsze chętnie wszędzie mnie zabierał i przedstawiał jako swoją „jedyną i najlepszą asystentkę”. Wiem, że nasze życie było jak nieustające święto. Większą część roku był nieobecny, dlatego każda chwila była tak cenna. Dodatkowo nasze relacje niezwykle upiększała łatwość okazywania sobie pozytywnych uczuć. Łączył nas szczególny rodzaj porozumienia i akceptacji – cokolwiek zrobisz ja cię nie opuszczę. Zadaje to kłam powszechnej opinii, iż tylko matki kochają swoje dzieci za to, że po prostu są, a ojcowie darzą uczuciem przede wszystkim za to,  jakie one są. Czułam wymagania wobec mnie, ale ponad wszystko czułam wielką wiarę w moje możliwości. Byłam nią „zasilana” nawet podczas śniadania o siódmej rano spoglądając na tatę znad miseczki twarożku. Pytałam: Tatuś, dlaczego mi się tak przyglądasz i uśmiechasz się tak jakoś... „Lubię na Ciebie patrzeć jak rośniesz. Lilu, przecież ona jeszcze niedawno była taka mała!” – dziwił się szczerze.

Nasz chory, przygarnięty kundelek Yogi; powroty do domu z pracy późną nocą - twarz zmęczona i łagodna zarazem; karmnik dla ptaków do samodzielnego złożenia - kupiony w składnicy harcerskiej; zapalenie ucha - łzy bólu płynące po starannie ogolonym policzku; syrtaki i buzouki tańczone na rynku greckiego miasteczka; pozytywne, rajdowe emocje, stres i rywalizacja; wyprawy na motorach do lasu i na poligon nieopodal domu; koszenie trawy; płacz po śmierci mojego nauczyciela – nakaz sortowania korespondencji w ramach terapii pracą; wieczorny całus na dobranoc i prośba „kładź się spać - nie ucz się już”; radość ze zwycięstw i uroczyste rozdania nagród; „Potop” oglądany w sobotni wieczór; żarty z moich „adoratorów” i nieskrywana sympatia wobec mojej pierwszej miłości; smutne i zranione jakimś przykrym zdarzeniem oczy; i powiedzenie dotyczące mamy i mnie - „moje kochane dziewczyny” i jeszcze...

Zimowy, senny świt przedziera się powolutku przez ponurą jeszcze przed chwilą noc. Staram się nie spać, bo tata musi prowadzić, a wiem, że krótko spał, bo do późnej nocy załatwiał przez telefon swoje sprawy.

Nic nie mówimy. Uśmiechamy się do siebie ciesząc się na myśl o ciekawej, choć bardzo krótkiej podróży. Nawet nie włączyliśmy radia. Tym razem spieszymy się bardzo. Samolot do Barcelony na nas nie zaczeka.

- Wiesz córeczko, lubię razem z tobą pomilczeć. Właśnie to odkryłem. Bardzo lubię nasze rozmowy, ale milczenie z tobą też jest bardzo przyjemne. – uśmiecha się patrząc na mnie i jedną ręką głaszcze mnie po policzku.
To była nasza ostatnia podróż.

Ckliwe? Banalne i nazbyt sielankowe? A może kiczowate? Dobro jest coraz bardziej passe. Wyrazem oryginalności i „dobrego smaku” w jakimkolwiek przekazie stało się epatowanie złem, cynizmem i brakiem osobistego zaangażowania. Normą jest krzywda albo traumatyczne przeżycia powodujące zwrot „akcji”. Dopiero potem następuje lub nie coś na podobieństwo katharsis. Dalej scenariusze układają się już bardzo różnie. Ale tak nie musi być. Nie doświadczyłam nigdy niczego złego od mojego taty. Oczywiście, przeżyliśmy także wiele trudnych chwil, borykając się z różnymi problemami, które niesie życie, jednak te trudne chwile tylko nas wzbogaciły, umocniły nasze więzi. Były zatem bardzo potrzebne. Wystawiały na próbę i często pozwalały wygrać. Czasami ich sens stawał się dla mnie zrozumiały dopiero po latach.

Mój tata był, jak zwykło się mawiać, niepoprawnym idealistą (jeśli można byłoby zachować w tej mierze jakąkolwiek poprawność!). Wierzył też, być może naiwnie, że w każdym człowieku drzemie coś dobrego. Żartując często mówił mi, że w dzieciństwie utożsamiał się z Zorro. Warte podkreślenia jest, zaiste zakrawające dziś na dziwactwo, hołubienie etosu prawdziwego sportowca, szlachetnej rywalizacji, niekorzystanie z dopingu, niepalenie papierosów i abstynencja. Mimochodem stał się jednym z moich wzorów osobowych, nie wielbionym jednak en bloc. Jedną z cech odróżniających nas od siebie jest np. filmowy bohater z dzieciństwa, z którym się utożsamiam. W moim przypadku jest to Obi-Wan Kenobi – Rycerz Jedi, strażnik Jasnej Strony Mocy.

Smak żurawinowych konfitur. Cierpki i słodki zarazem. Zapach żurawinowych konfitur i miód pachnący latem... Muszę koniecznie zrobić te konfitury! Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłam? Przecież mój synek musi znać ich smak i zapach i kolor...

Beata Bublewicz (córka)